Tutoring rówieśniczy nie jest ani modą, ani kolejną metodą dydaktyczną. To budowanie relacji w świecie zdominowanym przez cyfrową samotność i coraz bardziej wyalienowane osoby. To praktyczna lekcja empatii, odpowiedzialności i uważności na drugiego człowieka – fundament trwałych więzi społecznych, bez których żadna edukacja nie ma sensu.
Fragment artykułu z miesięcznika „Dyrektor Szkoły” 2026/2
– Ta forma tutoringu nie jest chwilowym trendem ani kolejną metodą, którą można wdrożyć mechanicznie i odhaczyć w szkolnym programie. To przede wszystkim proces budowania relacji: autentycznych, opartych na zaufaniu i wrażliwości dla drugiego człowieka – tłumaczy Robert, dziennikarz, wykładowca i szkoleniowiec. – W świecie coraz silniej zdominowanym przez technologię, komunikację pośrednią i samotność w tłumie tutoring rówieśniczy przywraca bezpośrednie spotkanie człowieka z człowiekiem. Od najmłodszych lat uczy, jak tworzyć relacje i więzi. Jego istotą jest uczenie empatii poprzez doświadczenie: słuchanie, rozumienie perspektywy drugiej osoby, zauważanie jej trudności i realne reagowanie na potrzeby. To przestrzeń, w której młodzi ludzie nie tylko przekazują sobie wiedzę, lecz także wzajemnie uczą się odpowiedzialności, cierpliwości i wzajemnego szacunku. Relacja tutor – tutee przestaje być układem silniejszy–słabszy, a staje się partnerskim dialogiem, w którym obie strony rozwijają kompetencje społeczne i emocjonalne.
O sile tego partnerskiego dialogu Robert przekonał się osobiście. – To było w czasach, gdy nie istniały jeszcze telefony komórkowe, a stacjonarne stanowiły luksus, więc dzwoniło się głównie z budki telefonicznej. Nie było też gimnazjów, dlatego ostatnim przystankiem przed dorosłością była VIII klasa szkoły podstawowej. Po niej na żądnych wiedzy czekało liceum lub technikum, a na „klasę pracującą” – zawodówki, praca bez kwalifikacji bądź bezrobocie, którego oficjalnie nie było, ale szacowało się je na 15–30% w różnych branżach – opowiada. – W połowie roku szkolnego przeniosłem się z podstawówki w Bydgoszczy do szkoły w Warszawie, bo rodzice zmieniali pracę. Nowe miasto, stolica zamiast prowincji, nowa szkoła, klasa, inny poziom intelektualny. Tak to wówczas odbierałem.
Klasa VIIIc, do której trafił, miała złą renomę, więc jej uczniom przypisywano wszystkie głupie wybryki. Czasami zresztą słusznie. Paradoks polegał na tym, że wyniki w nauce były tam najwyższe w roczniku. – Po czasie zrozumiałem, skąd brała się ta „zła sława”. To była klasa inteligentnych, myślących nieszablonowo i nudzących się na lekcjach uczniów. Na dodatek bardzo zgrana, zżyta, trzymająca się razem. A gdy grupa jest lojalna wobec siebie, trudno dotrzeć do niej pojedynczym osobom z zewnątrz, by zapobiec w porę pomysłom i żartom, co było dla nauczycieli frustrujące – wspomina Robert.
Zamów prenumeratę: www.profinfo.pl/sklep/dyrektor-szkoly,7340.html